- Może Roschelle nam odpowie. - usłyszałam głos nauczyciela.
Spojrzałam zdziwiona na niego. Oczekiwał odpowiedzi na pytanie, którego nie słyszałam.
- Em, a więc... - dukałam.
- Roschelle, słyszałaś pytanie? - profesor spojrzał na mnie, doskonale znając odpowiedź.
- Nie, profesorze. Przepraszam. - odpowiedziałam ze skruchą w głosie.
- Zakładam, że bycie prefektem nie jest łatwe. - powiedział wzdychając - Mimo to, ta służba nie zwalnia cię z uważania na lekcji. - dodał już ostrzejszym tonem.
Poczułam nagłą słabość, a przed oczami widziałam tylko zarysy sylwetek. Słyszała stłumione wołania, a potem ciemność.
Otępiający ból głowy, nie poprawiał mojego samopoczucia. Nie do końca wiedziałam co się wydarzyło. Sceny przelatywały mi przed oczami jak film. Lekcja, pytanie, brak odpowiedzi, nauczyciel, pustka w głowie, ciemność. Chyba, zemdlałam. Ale czemu wciąż jest ciemno?! Zmusiłam się to podniesienia, ciężkich powiek. Wydawały się ważyć kilkanaście, dobrych kilogramów.
- Nareszcie raczyła się panna obudzić. - od razu zobaczyłam młodą kobietę. A raczej jej brązowe oczy. Białe nakrycie głowy z czarnym paskiem pośrodku. Czyli jestem u pielęgniarki.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zatrzymałam wzrok na wejściu, w którym stał wysoki chłopak o czerwonych oczach. Erik! Co on tu robi do diabła?!
- Cieszę się, że nic ci nie jest. - uśmiechnął się, podchodząc do łóżka.
Pielęgniarka postanowiła, go przepuścić i nas zostawić, bo idzie po jakieś leki. Dziękuje kochana pielęgniarko. Pomyślałam z ironią. Nie żebym nie chciała z nim pobyć sam na sam. Tylko może w mniej sterylnych warunkach.
- Jak się czujesz? - spytał, siadając na skraju łóżka.
- W porządku. - powiedziałam, lekko zawstydzona tą bliskością.
Jego zimna dłoń pojawiła się na moim czole, dając niewyobrażalną ulgę. Na chwilę zapomniałam o wstydzie i zamknęłam oczy z przyjemności jaką dawał chłód.
- Masz lekką gorączkę. - oznajmił i zabrał źródło mojej ulgi.
- Och, to pewnie nic takiego. - uspokoiłam go, uśmiechając się. - Ale, nie chce być niegrzeczna. - zaczęłam - Jednak czemu właściwie tu jesteś?
- Zaniepokoiłem się na wiadomość o twoim zasłabnięciu. Chciałem wiedzieć czy to czasem nie przez brak krwi.
- Ach, rozumiem.
- A to był dobry pretekst do odwiedzenia cię. - dodał szybko posyłając mi słodki uśmiech.
- Ja, chyba... muszę się zdrzemnąć. - oznajmiłam nagle, kładąc się i zakrywając kołdrą.
Zamknęłam oczy, usiłując jak najszybciej zasnąć. Czułam niesamowite ciepło w sercu na myśl, że on się o mnie martwi i, że chciał mnie odwiedzić.
- Nie pozwolę cię skrzywdzić. Już nigdy więcej. Mój aniele, miłych snów. - szepnął chłopak.
Jego słowa wywołały u mnie reakcje przybliżoną do palpitacji serca. Słyszałam oddalające się kroki, a kiedy drzwi się zamknęły, wstałam do siadu i przetarłam dłońmi twarz. Uszczypnęłam się kilka razy, aby być pewną, że to nie sen. Wciąż nie mogłam uwierzyć, w to co on powiedział.
Niedługo potem pielęgniarka wróciła, dała mi leki i kazała spać. Choć nie było to łatwe w końcu zasnęłam.
Płatki wiśni opadały swobodnie na ziemie. Pod drzewem stała białowłosa dziewczyna. Z pleców wyrastały ogromne, czarne skrzydła. Dojrzałam w jej dłoni srebrny sztylet, który kurczowo zaciskała w pięści. Jej dłoń powędrowała do konara wiśni, która po chwili zaczęła czarnieć, aż w końcu całkowicie zmieniła się proch i zniknęła. Jasność odstępowała ciemności, oświetlając jedynie dziewczynę. Odwróciła się do mnie przodem. Twarz zasłaniała metalowa maska. Białowłosa zaczęła powoli do mnie podchodzić. Ja próbowałam się cofnąć, ale byłam przyparta do jakiejś ściany. Nieznajoma była co raz bliżej. Ze strachem obserwowałam jak bawi się sztyletem, aż w końcu zbliża się do mnie na odległość kilku centymetrów i patrzy w oczy. Błękitne oczy z czystą rządzą mordu. Wymierzyła cios wprost w mój brzuch...
- Nie! - krzyknęłam, budząc się z koszmaru.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nikogo nie było. Żadnej białowłosej dziewczyny. Jestem bezpieczna.
- Roschelle, co się stało? - w drzwiach pojawił się zmartwiony Erik.
- N-nic. To tylko... koszmar. - odpowiedziałam.
Czarnowłosy podszedł bliżej i lekko się nade mną nachylił. Zaczesał kosmyk moich włosów za ucho i uniósł moją twarz. Jego usta były wygięte w słodkim uśmiechu.
- Nie musisz się niczego bać. Nic ci się przy mnie nie stanie.
- Dz-dziękuje. - zarumieniłam się po uszy.
Za blisko. Za blisko! Ewidentnie był za blisko! Serce waliło mi jak szalone. Odruchowo zamknęłam oczy, nie wiedząc do końca co robić. Ucisk na podbródku zelżał, więc podniosłam powieki. Wampir stał wyprostowany, wciąż się do mnie uśmiechając.
- Panno Komori. - usłyszałam głos pielęgniarki.- Możesz już wrócić do pokoju. - uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Och. Dziękuję. - odpowiedziałam.
- Yuuki przyniosła ci ubrania na zmianę, gdy spałaś. - podał mi reklamówkę szafki.
- Dz-dziękuję. - przyjęłam torbę i poleciałam do łazienki. Tam się ogarnęłam i spakowałam brudne rzeczy do reklamówki.
Kiedy wróciłam na salę, Erik wciąż stał przy łóżku, a na jego bladej twarzy rozkwitał delikatny uśmiech. Zaproponował, że odprowadzi mnie do pokoju. Trwały właśnie lekcje, więc nie musiałam się martwić o niepotrzebną publikę. Przechodziliśmy właśnie przez bramę do Akademiku Słonecznego. Przez całą drogę między nami unosiła się cisza, której nie potrafiłam przerwać. Byliśmy już pod drzwiami mojego pokoju, gdzie się zatrzymałam i zwróciłam w jego stronę.
- Bardzo dziękuję, że mnie odprowadziłeś i za całą twoją uprzejmość. Przepraszam za kłopot. - skłoniłam się dosyć nisko.
- To żaden kłopot. - wyciągnął do mnie rękę, abym się wyprostowała, co zrobiłam, przyjmując pomoc. - To przyjemność. Wracaj do zdrowia. - pomachał mi i odszedł w głąb korytarza.
Otworzyłam drzwi, a po zamknięciu ich, osunęłam się po drewnie. Przy jakim pulsie serce nie wytrzymuje? Bo ja mam chyba z tysiąc. No dobra Roschelle! Musisz się opanować. W końcu to tylko zwykła troska starszego kolegi. Tak. Dokładnie.
Wstałam z podłogi i ruszyłam do łóżka, na które natychmiast padłam. Niestety mój odpoczynek nie trwał długo. Po chwili pokój zapełniło echo pukania. Z cierpiętniczym westchnieniem podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Do pomieszczenia dosłownie wparował dyrektor Cross.
- Roschelle! Jak ja się ciesze, że nic ci nie jest. Porządnie mnie wystraszyłaś. Oj ty, ty. - uśmiechnął się, po czym postawił tace z ciasteczkami i herbatą na biurko. - No to, jak się czujesz? Wszystko dobrze i czemu zemdlałaś? Źle się odżywiasz? Czy... mam nadzieje, że to nie anemia. - wyszeptał, jakby ktoś nas podsłuchiwał.
- Nie, to nie anemia. Zwyczajne przemęczenie. - wyjaśniłam. - Ale co pan tu robi, dyrektorze?
- Jak to co? Ja zawsze dbam o swoich ukochanych prefektów. - przytulił mnie, a raczej zgniatał kości.
- T-to wspaniale. - wydusiłam, po czym prędko wypuścił mnie z objęć.
- A przy okazji jak tu jestem. - zaczął, a ja nalałam herbaty do dwóch przygotowanych filiżanek. - Pojutrze przyjeżdżają do nas nowi uczniowie. Z Anglii, są z rodziny królewskiej.
- Czy oni nie mają tam prywatnych nauczycieli? - spytałam.
- Owszem. Jednakże - upił łyk herbaty i spojrzał a mnie poważnie - to wampiry.
- Co? Ale, jak to? Myślałam, że o tej szkole wie tylko rodziny tych wampirów, co się u nas uczą.
- Oj Roschelle. Wampirów w porównaniu z ludźmi może i jest mało, jednakże takie szkoły nie są dla nich tajemnicą. Ale nie przyjmujemy wszystkich wampirów. Jednakże, trochę głupio odmówić rodzinie królewskiej. - powiedział zakłopotany.
- Ech. Super, kolejne wampiry do upilnowania. - westchnęłam.
- A no i chciałabym abyś miała na nich oko i ich oprowadziła.
- Jak to mieć na nich oko? - spojrzałam poważnie na dyrektora.
- No wiesz, żebyś na nich uważała i była ich przyjaciółką. To prośba ich ojca.
- Przecież ich nie znam?!
- Wiem, wiem. Ale jestem pewien, że ich polubisz.
Po ty wyszedł, życząc mi powodzenia i szybkiego powrotu do zdrowia. Nie mogłam uwierzyć, czego dyrektor ode mnie wymagał. Przecież nie będę ich przyjaciółką na siłę. W dodatku z królewskiej rodziny. Pewnie jakieś paniczyki. Nie no świetnie. Oparłam się ciężko o krzesło.
- Ech, dzień jak co dzień. Nie ma co. - powiedziałam na głos.
__________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________
Jej! Kolejny rozdział po ponad miesiącu. Tak, przepraszam. No, ale jest nie? Cieszmy się i radujmy się znów. Mam nadzieję, że wam się spodobał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz